Tramwaj twój wróg.
Zatłoczony tramwaj. Ledwo wsuwasz się w tę plątaninę rąk i nóg, torując sobie drogę kolanem i łokciami. Wokół Ciebie spoceni, zmęczeni, dziwnie pomarszczeni ludzie, dotykający Cię, cisnący i napierający ciałami, męczący monotonną, brzęczącą paplaniną, świdrujący oskarżającym spojrzeniem - jak śmiesz zabierać ich tlen. Nadludzkim wysiłkiem wyciągasz dłoń ze skrawkiem papieru i czekasz na dźwięk kasowania biletu. Niedoczekasz się. Kasownik się zepsuł. Połykasz przekleństwo, cisnące się uparcie na wargi, połykasz bardzo głęboko. Wiercąc się, starasz się znaleźć skrawek miejsca niewypełnionego dwutlenkiem. Czujesz pod swoim żebrem, jak coś napiera na Twoje wypielęgnowane trzewia, z których, jesli zaraz czegoś nie uda Ci się zrobić, zostanie kolorowa, mokra plama. Ostatkiem sił, tytanicznym wysiłkiem, przeciskasz się, mamrocząc dalekie od grzeczności "przepraszam, przepraszam". Dostajesz się na koniec pierwszgo wagonu, pewna, że tu bezpiecznie dotrwasz do obranego wcześniej celu. Mylne założenie. Tu, odrwacając głowę w stronę szyby, widzisz rozwścieczoną kreaturę. Czerwone, rozpalone źrenice, pochylony groźnie łeb, postawa. Goni cię. Goni cię.
ZłY TRAMWAJ.
dedykując Stefanowi.